czwartek, 6 października 2016

Przy sobocie po robocie

Czy ktoś wie po co istnieje weekend?
Przy sobocie po robocie – była piosenka o tym tytule, a także  program telewizyjny, potem to powiedzenie wyśpiewał w piosence Mieczysław Fog, ale to było tak dawno, że nawet ja tego wszystkiego nie pamiętam.
I, o dziwo, również czegoś nie wiem. Nie wiem, mianowicie, po jaką cholerę istnieje weekend? Czy ktoś się kiedyś nad tym zastanawiał?
Pierwsze skojarzenie to oczywiście odpoczynek. W sensie po pracy całotygodniowej odpoczynek. Na co komu jednak odpoczywać jak lubi pracować albo nie ma pracy? Właśnie.
Drugie skojarzenie: weekend jest po to, żeby się zabawić. Po co komu jednak zabawa w weekend, jak bawi się cały tydzień albo nie lubi się bawić? Właśnie.
Trzecie skojarzenie: odwiedziny u rodziny. Po co jednak ktoś ma jeździć do rodziny, skoro co rusz rodzina pojawia się u niego albo, nie daj Boże!, mieszkają razem? Właśnie.
Czwarte skojarzenie: uprawianie hobby. Można oczywiście uprawiać jakieś hobby, ale czy to ma jakiś sens? Siedzenie nad znaczkami doprowadzi niechybnie do skrzywienia kręgosłupa i ślepoty. Uprawianie sportów, jak powszechnie wiadomo, jest niezdrowe samo w sobie. Po co więc weekend łączyć z hobby? Właśnie.
Piąte skojarzenie: coś miałem na myśli, ale mi uciekło…
Szóste skojarzenie: można pobyć z dziećmi. Widział kto jednak,  oprócz noworodków i niemowląt, dziecko, które chce pobyć ze swoimi starymi? Właśnie.
Po siódme: nie, starczy, po co po siódme?!

Właśnie. Nie wiadomo po co istnieje weekend. W związku z powyższym postuluję zniesienie sobót i niedziel. A co!

wtorek, 4 października 2016

Psie kupy

Krótka piłka: zimy nie widać, psie kupy kwitną na chodnikach.
Powiedzieć właścicielowi psa, żeby po nim posprzątał, oznacza usłyszeć za każdym razem: „To nie mój pies!”. Nawet jeśli widziało się jak ten pies przed chwilą wydalił z siebie cuchnący kopczyk, nawet jeśli ktoś to nagrał, to i tak właściciel albo zaprzeczy albo ostatecznie z braku argumentów ucieknie.
Przyjdzie zima, może spadnie śnieg, trochę przykryje psie gówna, trochę je zmrozi. A wiosną znów poczujemy te upajające zapachy. A niektórzy będą mieli szczęście i przyniosą je do domów na swoich butach.
A niektóre dzieci to nawet będą zlizywać psie gówna znalezione w piaskownicy ze swoich paluszków. Niech poznają smaki świata!
Do niesprzątających: &(%$&%$^$##$*(**)(&*(!

Do sprzątających: dziękuję!

środa, 14 września 2016

Jechali na saksy, pojechali na seksy

Cała prawda o emigracji zarobkowej
Wiele tysięcy Polaków, nie tylko w ostatnich latach, ale w całej naszej historii, jeździło, jeździ i jeździć będzie zarabiać do innych krajów.
Nie chcę teraz ględzić o przyczynach, stronie finansowej i tym podobnych. Chcę się skupić na stronie obyczajowej emigracji zarobkowej.
Wyjeżdżający zagranicę ciężko pracują. Dostaję za to wynagrodzenie wyższe niż w Polsce. Niektórzy udają, że właściwie dopłacają do tych wyjazdów i ukrywają przed zawistnymi rodakami swoje zarobki. Niektórym rzeczywiście się nie udaje i wracają z niczym, a nawet z długami.
Jest też jeszcze inna strona tych wyjazdów, o której mówi się albo w zaufaniu albo na bani. Z pewnością nie mówi się tego swoim rodzinom.
Wysłuchałem takich opowieści sporo. Właściwie pojechali do pracy, ale przecież rozerwać się też trzeba, prawda? Już nie wspominając o tym, że abstynencja seksualna dłuższa niż tydzień niektórym mąci we łbach, prawda? A wiadomo, że w takiej Holandii na przykład to można sobie zapalić trawkę, aczkolwiek i w innych krajach Polak potrafi i zapalić i wciągnąć co nieco, prawda?
Nikt, kto był na saksach albo ma wyjeżdżających znajomych, nie zaprzeczy, że niektórych to czekają niespodzianki. Taka żona, co to została w Polsce, ona może nie wie, ale tyle seksu, ile teraz ma jej mąż na saksach, to oni razem nie mieli od dnia ślubu. Takie dzieci, co to zostały z mamą w Polsce, to nawet nie wiedzą, że mają gdzieś tam siostrzyczkę lub braciszka, albo obydwoje naraz.
Znam przypadki podwójnych rodzin! Jednej w Polsce, legalnej, i drugiej w Holandii, Niemczech, czy innej Wielkiej Brytanii, też legalnej, bo kto zabroni mieć więcej? Oczywiście rodziny nic o sobie nie wiedzą. No, czasami tamte kobiety zagranicą wiedzą.
A sądzisz, że tylko faceci zdradzają? Ależ skąd! Co jakiś czas, a będzie ich więcej, snują się tacy po polskich wsiach i miastach, co to żony pojechały do pracy, a znalazły szczęście w ramionach innego. A nierzadko innych.
No przecież nikt nie myśli, że wyjeżdżają tylko panny i kawalerowie? Pary, które tam się tworzą, siłą rzeczy muszą się składać również z żonatych i mężatek.
A ktoś pomyślał dlaczego tak wiele teraz wyjeżdża małżeństw i rodzin? Faktycznie niektórzy nie chcą się rozstawać, ale reszta nie może się rozstawać, bo byłoby to rozstanie na amen.
A jak przez te wszystkie figle – migle zagraniczne wzrósł poziom kłamstwa i hipokryzji!
„Jak tak kochanie? Ciężko pracujesz?”
„No, w dzień i czasami wieczorami i nawet w nocy każą mi pracować!”
No, niektórzy rypią cały dzień! Najpierw ciężko w pracy, a potem koleżankę z pracy. I większość, jeśli nie wszyscy zdradzający sądzą, że to się nigdy nie wyda! Bo są daleko, bo nie ma tam znajomych. Aha! Jasne!
Oczywiście zaraz pojawią się głosy, że zazdroszczę, że przesadzam, że nie znam życia i w ogóle co ja tam wiem!
Wiem jedno: jak ktoś jest idiotą albo idiotką, to pojedzie i obok ciężkiej pracy, będzie zdradzać.
Spotykają się trzy rozwódki: Amerykanka, Rosjanka (jeszcze z ZSRR) i Polka wspominają swoje rozwody.
Amerykanka mówi:
„Mój Johnny - jak mnie zdradził -niczego się nie spodziewał. Udawałam, że o niczym nie wiem, ale wynajęłam prywatnego detektywa. Detektyw zrobił mu mnóstwo zdjęć, ja te zdjęcia wzięłam na uroczystość jego urodzin i wręczyłam mu je jako prezent przed wszystkimi członkami klubu golfowego. Musiał w dowód przeprosin przepisać na mnie udziały w fabryce konserw, akcje z pól naftowych i naszą posiadłość w Nebrasce. Jak mnie drugi raz zdradził, to znów wynajęłam prywatnego detektywa ten narobił zdjęć, ja te zdjęcia wzięłam i zaniosłam na zebranie zarządu jego spółki. To go wykopali z zarządu. Na przeprosiny musiał przepisać na mnie naszą posiadłość, kolekcje klejnotów rodzinnych, stadninę koni i resztę akcji. A jak mnie trzeci raz zdradził, to się rozwiodłam, bo to przecież wstyd z takim gołodupcem żyć.
Na to mówi Rosjanka:
Witja - jak mnie pierwszy raz zdradził, to wzięłam starą Soczkinę ta go spiła, przesłuchała. O wszystkim mi powiedziała. No to poszłam do jego brygadzisty i poskarżyłam mu się. Wytknęli go palcami na zebraniu aktywu robotniczego, zmusili do samokrytyki i publicznego przyrzeczenia poprawy. Jak mnie drugi raz zdradził, to napisałam skargę na okręgowy zjazd partii - to go wyrzucili z partii. A jak mnie kolejny raz zdradził, to się musiałam rozwieść, bo to wstyd z bezpartyjnym żyć.
Na to Polka:

Jak mnie mój Franek pierwszy raz zdradził, to ja go dwa razy. Jak mnie drugi raz zdradził, to ja go cztery razy. Ale jak mnie trzeci raz zdradził, to musiałam się rozwieść, bo przez tego palanta przecież kurwą bym została...

środa, 3 sierpnia 2016

Autograf Turnaua

Czego chcecie i gdzie jest moja kasa?!
To było dawno temu. Grzegorz Turnau święcił tryumfy po wydaniu swojej pierwszej płyty. Czyli gdzieś około 1991 roku. Miejsce akcji: Szczecin.
Koleżance, której udało się namówić mnie na pójście na koncert wokalisty, zachciało się zaraz po jego zakończeniu, pójść do artysty i poprosić go o autograf.
Oprócz nas nikt tam nie szedł, ale brnęliśmy, aż dobrnęliśmy do samej garderoby.
Oprócz Turnaua był tam jakiś facet, do którego artysta miał duże pretensje: „To jak będzie? Koncert się odbył, a pieniędzy nie ma! Kiedy mi zapłacicie?!”
Oczywiście cytat jest niedokładny, ale oddaje sens słów, które Turnau rzucał w stronę faceta. I jego mina – mówiła wszystko.
Poczuliśmy się jak przyłapania na podglądaniu, ale nikt nas nie zatrzymywał, więc koleżanka wyciągnęła jakąś karteczkę i poprosiła o autograf. Turnau podpisał się, ale zadowolony z naszej wizyty nie był. Potraktował nas dość chłodno.
Wtedy byliśmy wzburzeni: jak może tak traktować swoich fanów?!
Dziś, starszy o różne doświadczenia, przyłączyłbym się do niego i zjechał nieuczciwego promotora od stóp do durnego łba.
To były dzikie lata 90., wtedy takie numery robiono nagminnie. Jak jednak słyszę, do dziś zdarza się, że organizator koncertu nie płaci zespołowi albo nie gwarantuje warunków koncertu ustalonych w umowie.

Nieuczciwym organizatorom mówię p...e się, a Grzegorza Turnaua pozdrawiam!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Patriotyzm deklarowany

Śmieszą i niepokoją mnie ludzie nazywający siebie patriotami, którzy:
- utopiliby część rodaków w łyżce wody za nic i za wszystko
- deklarują oddanie życia za ojczyznę, ale nie płacą podatków i innych świadczeń, bo system jest zły i nic nigdy od państwa nie dostali
- nie potrafią sklecić poprawnie jednego zdania. W języku polskim
- nie interesują się tradycją i kulturą. Za to kulturystyką i tradycją kibolskich ustawek jak najbardziej
- przebywając za granicami Polski robią najgorsze rzeczy, ale odważnie wymagają od innych narodów szacunku. Na Facebooku
- zafascynowani są Hitlerem i faszyzmem
- deklarują, że najważniejsze jest dobro ojczyzny, ale nie pracują i pracować nie będą
- deklarują walkę z bronią w ręku w razie zagrożenia, ale nie chciało im się chodzić na w-f. A teraz nie wstają sprzed telewizora
- wstawiają memy z okazji każdego święta narodowego i uroczystości historycznych, ale nie potrafią powiedzieć na ten temat nic ponad to, co jest w memach
- pouczają innych na tematy historyczne, ale nigdy nie przeczytali żadnej książki o historii. Ani żadnej innej
- nie chodzą na wybory, ale mają pretensje i do wybranych polityków i do ich wyborców
- deklarują szacunek i cześć do bohaterów narodowych, ale nie odwiedzają swoich babć i dziadków

- robią sobie „patriotyczne” tatuaże, a kilka miesięcy potem próbują się ich pozbyć, żeby znaleźć miejsce na inne.

czwartek, 28 lipca 2016

Polacy na urlopie, czyli wakacje Kiepskich i Badziewiaków

Wystarczy kilka godzin w jednej z miejscowości wypoczynkowych, żeby zaobserwować takie oto zachowania:
Powszechne niemycie rąk po wyjściu z toalety. Piszę o tym do znudzenia, ale wystarczy wyobrazić sobie wszystkie te osoby, które chodzą wolno po świecie… Obrzydzenie bierze!
Brak znajomości zasady, że chodzi się prawą stroną chodnika. W domu nie nauczyli, w żłobku, przedszkolu i szkole nie zdążyli nauczyć. No cóż…
Dzieci, które robią co chcą. Rodzice nie zwracają uwagi. Nawet gdy są to zachowania niebezpieczne dla samych dzieci. Bo przecież nie można uspokoić dziecka, które drze się w miejscu publicznym, rzuca kamieniami w innych lub dręczy zwierzęta.
W muzeach są wielkie strzałki i duże napisy: kierunek zwiedzania. Oczywiście znajdzie się stado, które będzie reszcie utrudniać życie i chodzić w drugą stronę.
Regulaminy są po to, aby je łamać. Niezależnie czy chodzi o spokój innych odpoczywających, czy o bezpieczeństwo, Polak ma je gdzieś.
Palenie papierosów w miejscach niedozwolonych? Powszechne. Na przykład w zoo, w pomieszczeniach ze zwierzętami. A co!
Przed lokalem stoi menu. W lokalu wisi na ścianie. I menu leży także na stoliku. I zawsze znajdzie się delikwent, który podejdzie do baru/kelnerki/szefa kuchni i zapyta: A co ja mogę tutaj zjeść? Schabowego macie?!
Śmiecenie na plaży? Picie alkoholu i pływanie? Sikanie gdzie się da? Wszędzie, cały czas, bez ustanku!
A propos! W kawiarni z toalety wychodzi 7-8 letni chłopiec. Podciąga spodnie na oczach wszystkich obecnych i dumny kroczy do stolika, przy którym rodzice w ogóle nie zwracają na to uwagi. Nie mówiąc o tym, że nie umył rąk.
Restauracja. Siedzi sobie dziadyga, a jego pół dupy, tak! nie początek „przedziałka”, ale dosłownie pół dupy wystaje ze spodni. A kilka stolików dalej młodszy dziadyga, którego gacie widać od samego wejścia do restauracji.
Opisane zachowania nie są wyjątkami. I to tylko przykłady. Pewnie możecie podać mnóstwo innych.

Ktoś Zniesmaczony? Oburzony? Bo ja tak.

wtorek, 12 lipca 2016

Spacerowanie

Jedno z najgłupszych ludzkich zajęć
Tak, uważam spacerowanie za jedno z najdurniejszych zajęć, jakie może wykonywać człowiek. Zajęć takich jest oczywiście  więcej, kiedyś może o nich napiszę, ale dzisiaj poznęcam się nad spacerami.
Czy ktoś kiedykolwiek udowodnił sensowność spacerowania sensu stricto? Nie znam żadnych argumentów, które przemawiałyby za chodzeniem bez celu, chodzeniem tylko po to, żeby chodzić. Spacery, jako czynność jałowa, nudna i szkodząca człowiekowi, powinny być zakazane.
Strata cennego czasu, którego człowiek w końcu nie ma za dużo (przypominam, że mężczyźni umierają szybciej od kobiet) na przejście to w tę to w tamtą stronę, jest karygodna! Człowiek, mieniący się stworzeniem myślącym, wychodzi na spacer po to, aby pokręcić się bez sensu, zmęczyć i nałykać świeżego powietrza, które jak wiadomo, ani nie jest świeże, ani zdrowe. Nawet na wsi. A może tym bardziej na wsi – kto był albo tam mieszka, ten wie.
Chodzenie musi mieć sens, cel, bez którego staje się właśnie spacerowaniem. Nawet zwierzęta nie spacerują, tylko chodzą lub biegają w jakimś konkretnym celu: żeby coś upolować, uciec, dogonić samicę i ją przelecieć. Dlaczego  więc człowiek zachowuje się głupiej niż zwierzęta? Powinniśmy brać z nich przykład i wstawać z barłogu tylko i wyłącznie, aby zrealizować te same cele: żeby coś zjeść, uciec przed kimś albo dogonić płeć przeciwną i ją przelecieć.
Gdy komuś bardzo zależy, to może jeszcze ewentualnie chodzić do pracy. Ale nie zalecam.
W małych miejscowościach mawiają, że jedynym miejscem, gdzie w niedzielę można pójść na spacer, jest cmentarz. I chodzą. W ten sposób spacer staje się niespacerem, bo chodzą w konkretnym celu: a to z kwiatkami na grób, a to zobaczyć, kto nie dba o groby bliskich, a to upatrzyć sobie dobre, słoneczne, nie wilgotne miejsce na własny spoczynek wieczny.
Jednostki zwichrowane, a do takich ja najwyraźniej należę, mogą ewentualnie chodzić jeszcze po to, aby zaglądać ludziom w okna. Tak, lubię zaglądać ludziom w okna, przyglądać się jak żyją lub wyobrażać sobie, kto i jak może żyć w konkretnym mieszkaniu. Nie są to więc spacery, gdy wychodzę podglądać, bo mam swój cel do zrealizowania.
Od razu uprzedzę pytania i odpowiem na nie jeszcze przed zadaniem: gdy Żona i Dziecko mówią, że mam iść z nimi na spacer, to nadaję mojemu chodzeniu cel i w ten sposób nie jest to już spacer, ale jakieś sensowne zajęcie. Zaglądam ludziom w okna lub idę, żeby Żona i Dziecko dali mi święty spokój.
Taka jest moja własna spacerologia.






piątek, 10 czerwca 2016

Niezbędnik telewizyjnego kibica

Kibic powinien koniecznie posiadać co następuje:
1. Piwo – wiadomo, bez niego nie ma udanych występów polskiej reprezentacji.
2. Lodówka – przestawiona do pokoju z telewizorem. Tylko głupek będzie biegał po piwo do kuchni.
3. Teściów – żeby można było wysłać do nich żonę. Gorzej, gdy zawody trwają długo. Wtedy przydadzą się jej przyjaciółki. A nawet zniewieściały kochanek, który nie lubi sportu.
4. Telewizor – a nawet dwa, bo żona i dzieciaki mogą się jednak buntować.
5. Pilot – od telewizora rzecz jasna. Nie można go przez czas trwania zawodów wypuszczać z rąk. Należy z nim spać, jeść
i chodzić do toalety.
6. Toaleta – możliwie blisko telewizora. Albo odwrotnie, to znaczy telewizor możliwie blisko toalety a nawet w niej. Używanie łazienki nie jest obowiązkowe. W czasie brania prysznica można nie zobaczyć ważnego gola albo skoku. A gole albo skoki wszystkie ważne są.
7. Flaga – od czasu do czasu możemy wyjść na balkon
i udawać, że cieszymy się, bo żaden z naszych nie umarł na boisku czy arenie ze zmęczenia.

8. Koledzy – ostatni punkt, lecz nie najmniej ważny. Po przegranych wszystkich meczach i zawodach przez naszych, pocieszą, posnują plany na przyszłość, zrzucą winę za porażki na działaczy PZPN albo inne związki. 

środa, 25 maja 2016

Szczyt narcyzmu

Nie to, że doniesienia mediów zwaliły mnie z nóg, ale szczerze się uśmiałem a gęba wykrzywiła mi się w niesmaku.
Kiedyś Ronaldo w rodzinnej miejscowości Funchal na Maderze otworzył muzeum poświęcone … jemu samemu!
W muzeum o powierzchni 400 metrów kwadratowych znajduje się 150 trofeów, zdjęcia oraz filmy z całej jego dotychczasowej kariery.
W środku znajduje się również dwumetrowa woskowa figurka piłkarza. I oczywiście piłkarz pozował z nim, no z tą figurą, do zdjęć.
Rozumiem twórców muzeum, którzy chcą ściągnąć turystów i zarobić na nich. Jednak otwieranie muzeum poświęconego samemu sobie uważam za szczyt narcyzmu! Jakimkolwiek wielkim piłkarzem, piekarzem, politykiem bym nie był, nie poszedłbym ani na otwarcie ani później zwiedzać taki przybytek.
Jakim bufonem trzeba być, aby zgodzić się na coś takiego! Ten człowiek posiada wielki talent, ale jego ego jest jeszcze większe.
Jedyny obrazek jaki pojawia mi się przed oczami, gdy patrzę na zdjęcie Ronaldo koło własnej figury woskowej jest taki: nasz bohater prosi o chwilę sam na sam z figurą, a gdy zostaje sam to klęka przed nią i się do niej modli.

Albo onanizuje. 

piątek, 20 maja 2016

Stan wojenny w oparach bimbru

W zależności od wieku, każdy kto już świadomie istniał na tym świecie 13 grudnia 1981 roku ma jakieś wspomnienia z tego dnia i następnych.
Jedni mogą opowiedzieć o swoich heroicznych wyczynach, inni o tym jak dzięki ich pałkom tamci stawali się bohaterami. Byłem za młody, aby walczyć czy być milicjantem albo członkiem ORMO.
Oczywiście pamiętam, że nie było Teleranka, że przez parę dni (chyba do środy włącznie) nie chodziliśmy do szkoły.
Najbardziej wrył mi się w pamięć pierwszy dzień stanu wojennego.
Poprzedniego dnia, w sobotę, przyjechał do moich rodziców wujek. Nie pamiętam gdzie wtedy pracował, wiem za to czym się zajmował: pędzeniem bimbru. W domu u własnej matki pędził w łazience alkohol, podobno dość smaczny i co najważniejsze, nie szkodzący na wzrok. Przyjechał więc w sobotę z dwiema wielkimi torbami pełnymi samogonu, który w niedzielę miał zawieść i sprzedać gdzieś dalej.
Niedzielnego poranka, 13 grudnia 1981 roku, nieświadomy wprowadzenia stanu wojennego, poszedł w śniegu na dworzec PKS. Poczekalnie była zamknięta, kasy również, ale sądził, że jest za wcześnie albo takie są zwyczaje w niedziele na tym małym dworcu. Stał tam parę godzin, aż w końcu zorientował się, że po pierwsze nie jeżdżą żadne autobusy, po drugie nie ma żadnych ludzi, a po trzecie, że jeśli jeszcze tam postoi to zamarznie. I nawet ten bimber go nie rozgrzeje.
Wrócił więc do naszego domu. Od rodziców, przekonanych, że albo pojechał, bo nie wiedzieli, że komunikacja jest wstrzymana, albo już go aresztowali, dowiedział się o wprowadzeniu stanu wojennego.
Zapytany czy nikt go nie widział z tymi podejrzanymi torbami, z których dochodził brzęk butelek, odpowiedział, że parę razy przejechali milicjanci, widzieli go, ale nie zareagowali.
Miał szczęście: albo chłopaki mieli dużo roboty w tym całym chaosie, albo stwierdzili, że ten człowiek jest od nich i wypełnia jakieś specjalne zadanie, albo po prostu, że nie mają czasu zajmować się wariatami, którzy nie wiedzą, że jest wojna.
Tak czy inaczej po jakimś czasie wujek odjechał, oczywiście bimbru nie zabrał. Butelki stały u nas w domu. Wujek odebrał je kilka miesięcy później.
Takie jest moje wspomnienie z 13 grudnia 1981 roku.